Każde nowe słowo to dla mnie mały krok w nieznane, dlatego z uśmiechem uczę języka niemieckiego, który towarzyszy mi od najmłodszych lat.

Moja podróż po niemieckich szlakach rozpoczęła się w wieku przedszkolnym, kiedy to zamieszkałam
z rodziną w małej miejscowości Weilheim (Hechingen). Zaczęłam uczęszczać do przedszkola, znając jedynie 2 wyrażenia: „Guten Tag” (Dzień dobry) i „Ich will Pipi machen” (chce mi się siku), które stały się moimi pierwszymi 'narzędziami’ do komunikacji. W wieku 3 lat dzieci chłoną język jak gąbka – otaczające mnie słowa i wyrażenia zaczęły powoli przesiąkać do mojego codziennego świata.
Wpuszczona na głęboką wodę, musiałam nauczyć się mówić, aby móc bawić się z innymi dziećmi. Język był jak nowa zabawka – coś, co można odkrywać przez obserwację i naśladowanie. Nawet nie pamiętam momentu, w którym zaczęłam się posługiwać tym językiem. Miałam szczęście, ponieważ mogłam liczyć na wsparcie pań przedszkolanek, które nie tylko cierpliwie pomagały mi w nazywaniu rzeczy i czynności, ale także tworzyły atmosferę, w której mogłam swobodnie popełniać błędy. Wszyscy byliśmy traktowani na równi – nikt nie był lepszy ani gorszy z powodu płynności języka czy jakiejkolwiek innej cechy.
Nikt nie oceniał, kiedy mówiłam niepoprawnie – wręcz przeciwnie, każda próba była małym sukcesem.
Wkrótce przedszkole stało się jednym z moich ulubionych miejsc, gdzie mogłam być sobą – czasami spokojną, czasami szaloną, zawsze z głową pełną pomysłów do zabaw, zarówno samodzielnych, jak
i w grupie. Zabawa była moim głównym sposobem nauki. Każdego dnia w trakcie zabawy na podwórku czy w kąciku z zabawkami uczyłam się nowych słów, nieświadomie przyswajając gramatykę i akcent. Uwielbiałam śpiewać piosenki i odgrywać scenki.
W domu atmosfera była pełna napięcia, a przemoc stała się nieodłącznym elementem codzienności. Jednak to przedszkole i kontakt z językiem niemieckim dawały mi wytchnienie, tworząc przestrzeń,
w której mogłam odnaleźć radość. W domu mówiłam głównie po śląsku, na zewnątrz po niemiecku. Posługiwałam się niemieckim, gdy musiałam pomóc mamie w sklepie, albo gdy nawiązywałam kontakty z innymi dziećmi.
Nauka języka to nie tylko zabawa, ale też momenty pełne zaskoczeń i nieporozumień. Pamiętam jedno takie wydarzenie, które zostanie ze mną na zawsze. W okresie świątecznym, razem
z sąsiadami, moja rodzina zorganizowała Dzień św. Mikołaja. Przyszedł do nas Mikołaj (der Nikolaus) – choć już wtedy wiedziałam, że to nasz sąsiad, czułam lekką obawę. Kiedy zapytał mnie: ’Warst du artig?’ (Czy byłaś grzeczna?), nie znałam tego słowa. Skojarzyło mi się ono z czymś złym, nie wiedząc jeszcze, że ’artig’ oznacza po prostu 'grzeczna’. Zamiast więc przytaknąć, jak pewnie robiły inne dzieci, powiedziałam śmiało: ’Ich war nicht artig’ (Nie byłam grzeczna). Pamiętam wyraz twarzy Mikołaja i innych – zaskoczenie i rozbawienie jednocześnie. Pewnie byłam jedną z niewielu osób, które otwarcie przyznały się do tego, że nie były 'grzeczne’, choć nie do końca rozumiałam, o co pytał.
Takie chwile także kształtowały moje zrozumienie języka – nauka przez doświadczenie, zabawne sytuacje i … pomyłki. Tak, dobrze czytasz. Popełniając błędy również się uczymy.


Dziś, z perspektywy czasu i własnych doświadczeń, rozumiem, że pytanie 'czy byłaś grzeczna?’ nic nie wnosi. To wyrażenie, choć popularne wśród dorosłych, może być dla dzieci mylące i oceniające. Z pedagogicznego punktu widzenia, lepiej jest pytać
o konkretne zachowania, które pomagają dziecku rozwijać empatię i zrozumienie swoich działań, niż oceniać je w kategoriach 'grzeczny’ czy 'niegrzeczny’. W tamtym momencie nie wiedziałam, co oznacza 'artig’,
czy podświadomie czułam, że nie jest to właściwe pytanie? Nie wiem.
Po kilku latach wróciliśmy do Polski. To nie był łatwy czas dla małej dziewczynki, zarówno z powodu trudnej atmosfery w domu, jak i zderzenia z nową rzeczywistością w szkole. Przemoc, którą doświadczałam, pogłębiała moje poczucie wyobcowania, a język niemiecki stał się moją małą ucieczką od codziennych trudności. Rozpoczęłam naukę w pierwszej klasie szkoły podstawowej, mówiąc głównie po śląsku, po niemiecku i troszkę po polsku. Dzieci często się przez to ze mnie nabijały, przez moją wymowę i z mojego nazwiska. Pani wychowawczyni nie była dla mnie wsparciem, koncentrowała się głównie na swoich ulubieńcach. Lubiłam rysować, ale ona nie wierzyła, że sama potrafię wykonać w taki sposób rysunek w tym wieku i zamiast zobaczyć we mnie jakiś potencjał, obniżyła mi ocenę. Zrozumiałam, że muszę rysować gorzej, żeby wpasować się w jakieś ramy. Podcinała mi skrzydła. Gdy stanęłam we własnej obronie przed koleżanką na lekcji, to mnie ośmieszyła i postawiła do kąta. Kolejna dorosła osoba pokazała, że „nie wolno stawiać granic”. Ponadto zrozumiałam, że mówię „źle”. Zaczęłam uczyć się wyrażać „poprawnie”, ale przez to mało mówiłam na zajęciach i nie zgłaszałam się, bo bałam się, co będzie jak powiem coś niepoprawnie?
Teraz rozumiem, jak ważne jest, aby nauczyciel dostrzegał każdego ucznia, wspierał go i był jego towarzyszem. Paradoksalnie w Niemczech otworzyłam się, a w Polsce zablokowałam. Mimo trudności w nauce polskiego pielęgnowałam język niemiecki, oglądając ulubione bajki i spędzając czas na rozmowach i zabawach z dziadkiem.
Dopiero w czwartej klasie zaczęłam uczyć się niemieckiego w szkole. Zmiana wychowawczyni dodała mi skrzydeł. Szybko zauważono, że lubię pisać wypracowania po polsku, kocham plastykę i muzykę
i dobrze radzę sobie z niemieckim. Jednak w następnej klasie wszystko powtarzaliśmy od nowa. Byłam nawet na jakiejś olimpiadzie językowej. W gimnazjum sytuacja się powtórzyła i znów wróciłam do nauki tego, co już umiałam. Miałam super oceny, ale się nudziłam. Przez długi czas nikt nie podszedł do mnie indywidualnie, co było ogromnym marnotrawstwem potencjału. Szkoda. Dopiero pod koniec gimnazjum pojawiła się młoda studentka, która dawała mi dodatkowe zadania do wykonania.
Po tym nastał czas liceum, gdzie uczęszczałam do klasy dwujęzycznej. To było dla mnie trudne doświadczenie, często chodziłam do szkoły z bólem brzucha. Niestety zdarzali się nauczyciele, którzy wyzywali nas od prymitywów, czy tacy, którzy chcieli byśmy znienawidzili przedmiot, którego uczą. Uczyłam się fizyki, matematyki, religii i biologii po polsku i po niemiecku. Było dużo regułek po niemiecku na tych przedmiotach, w tym gramatycznych, których wtedy nie rozumiałam. Czułam presję. Wszak wcześniej mówiłam intuicyjnie. Nie myślałam o tym dlaczego ma być tak a nie inaczej.
Po prostu wiedziałam, że tak to ma być (nie zawsze oczywiście ;)). Choć wiedziałam, że wiele potrafię, miałam wrażenie, że moi koledzy znają znacznie więcej. Mimo miłości do niemieckiego były momenty, że zablokowałam się na zajęciach. Miałam go dość w szkole. Miałam momenty zwątpienia. Tak, ja też. Zwłaszcza na konwersacjach. W głowie pojawiała się pustka, mimo że znałam odpowiedzi.
Przede mną była długa droga do uwierzenia w siebie, bo przecież w domu od małego słyszałam destrukcyjne zwroty typu „kaj mnie postawisz tam mnie mosz”.
Okres studiów przyniósł ze sobą znaczące zmiany. Wkraczając w nowy świat, poczułam, że otacza mnie przyjazna, wspierająca atmosfera, która pozwalała mi na swobodne eksperymentowanie z językiem. Odkrywanie jego piękna stało się dla mnie prawdziwą przyjemnością. Tworzenie materiałów dydaktycznych, praca z dziećmi na praktykach oraz wspólne projekty z innymi studentami przynosiły mi ogromną satysfakcję. Z każdym dniem coraz bardziej zagłębiałam się nie tylko w język, ale także w zagadnienia pedagogiczne i psychologiczne. Zainteresowanie tymi dziedzinami dało mi nowe perspektywy, które później stały się fundamentem mojego podejścia do nauczania.
Widziałam, jak kluczowa jest indywidualizacja i empatyczne podejście do ucznia, co coraz bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że chcę pracować z ludźmi w sposób, który naprawdę im pomaga odkrywać siebie.


Po studiach moje zawodowe ścieżki początkowo biegły w nieco innym kierunku. Pracowałam
w kancelarii, a także miałam epizod w korporacji, gdzie mimo możliwości rozwoju, zrezygnowałam,
bo czułam, że to nie była moja droga. Już wtedy pomagałam innym z językiem niemieckim – czy to dzieciom w Domu dla Dzieci przy zadaniach domowych, czy dorosłym w codziennych wyzwaniach językowych. To doświadczenie, choć początkowo marginalne, coraz bardziej przypominało mi o mojej pasji do nauczania.
Wkrótce zaczęłam prowadzić zajęcia w szkole językowej i to tam na nowo odkryłam, jak ważne jest wspieranie innych w ich językowej podróży. Zrozumiałam, że nauka niemieckiego, mimo że nie zawsze łatwa, może być piękną i satysfakcjonującą przygodą. Moment, kiedy widzę, jak uczniowie robią postępy, często przełamując swoje obawy, daje mi ogromne poczucie spełnienia. Właśnie w tych chwilach odkryłam moje powołanie – pokazywanie, że każdy może odkryć w języku coś wartościowego i pięknego.
Moje doświadczenia z nauką języka nauczyły mnie, jak ważna jest empatia i wsparcie w procesie nauki. To nie tylko kwestia zdobywania wiedzy, ale także otaczania się osobami, które dostrzegają nasze małe sukcesy i pomagają w trudnych momentach. Zrozumiałam, jak ogromną rolę odgrywa cierpliwość i indywidualne podejście w nauczaniu. Pragnę być takim nauczycielem, który nie tylko przekazuje wiedzę, ale przede wszystkim towarzyszy uczniom w ich własnej podróży, dając im bezpieczną przestrzeń do rozwoju, eksperymentowania, popełniania błędów i odkrywania.
Każdy uczeń ma swoją unikalną historię i indywidualne potrzeby. Wspierając ich w odkrywaniu języka, staram się inspirować do samodzielności i kreatywności. Wierzę, że to nie tylko przyswajanie reguł gramatycznych, ale także odkrywanie nowych horyzontów, które język otwiera przed nami.


Z perspektywy czasu widzę, jak ważne są moje doświadczenia związane
z nauką języka.
Uświadamiają mi, że warto pokonywać przeszkody i dążyć do celu, bo każdy etap tej podróży, wymaga czasu, cierpliwości i wytrwałości.
Każdy krok w tej podróży, nawet te trudniejsze momenty, kształtuje nas i ma ogromny wpływ na nasz rozwój.
Nauka języków obcych to proces trwający przez całe życie.
A jakie są Twoje wspomnienia związane z nauką języka niemieckiego? Chętnie poznam Twoje refleksje – podziel się swoją historią!


